List otwarty do klubów wykorzystujących muzyków Dave’a Goldberga

Poniższy artykuł jest tłumaczeniem wpisu „An Open Letter to Venues That Exploit Their Musicians”Grassrootsy.com autorstwa Dave’a Goldberga.

 

Szukając ostatnio okazji do grania natknąłem się na wiele darmowych lub słabo płatnych koncertów. Ok, niech będzie, jest kryzys, więc trochę to rozumiem. Niemniej jednak okazuje się, że nie dość, że muzyk ma grać za minimalną stawkę, to jeszcze oczekuje się od niego, że będzie promotorem imprezy. Zatem wymaga się od zespołu nie tylko dobrego grania, ale również sprowadzenia do klubu publiczności. W dzisiejszych czasach odpowiedzialność za frekwencję leży po stronie zespołu, nie właściciela klubu.

Nie tak dawno temu zaczepiła mnie właścicielka winiarni, której bardzo spodobała się nasza muzyka i chciała, byśmy zagrali w jej lokalu. Powiedziała, że płaci 75 dolarów za trio. Kiedyś 75 dolarów było słabą stawką dla jednej osoby, a co dopiero dla całej kapeli. Może więc żartowała? Nie, mówiła poważnie. Ale to nie koniec. Powiedziała też, że musimy ściągnąć minimum 25 osób. Nawet nie zaproponowała dodatkowych pieniędzy, jeśli nam się to uda. Normalnie roześmiałbym się, gdyby nie to, że nie była to pierwsza taka propozycja ze strony właścicieli klubu. Czy naprawdę istnieją muzycy, którzy zgadzają się na coś takiego? Tak. Są tak zdesperowani żeby zagrać, że zgodzą się na wszystko. Przeanalizujmy to i odwróćmy nieco sytuację.

Co jeśli powiedziałbym właścicielce winiarni, że mam świetną kapelę i planuję koncert u mnie w domu? Potrzebuję kogoś, kto będzie serwował wino podczas naszego koncertu. Nie płacę zbyt wiele, zaledwie 75 dolarów. Jednocześnie ten ktoś musi przyprowadzić 25 osób, które zapłacą po 10 dolarów za wejście. Czy nie patrzyłaby na mnie jak na idiotę?

„Niby czemu miałabym to zrobić?” zapytałaby. Ponieważ jest to fajną okazją do promocji twojej winiarni. Ludzie na koncercie z pewnością doceniliby smak wina i jakość twoich usług. I kiedyś być może przyszliby do winiarni. „Ale przecież sama przyprowadziłam tych ludzi. Już ich znam”, powiedziałaby. Więc może mogłabyś przygotować ładne ulotki i rozdać tym ludziom, których nie znasz. „Ale płacisz mi tylko 75 dolarów. Jakim cudem ma mnie być stać na ulotki?”

Sami widzicie, jak absurdalnie to wszystko brzmi. Ale muzycy robią to cały czas. Właściciele klubów sami nawet by nie wpadli na zaproponowanie czegoś takiego. Wygląda to na świetny deal dla właścicieli, prawda? Dostają kapelę i klientów na wieczór, płacą bardzo mało, jeśli w ogóle. Jednak zupełnie nie zdają sobie sprawy z tego, że NIE jest to w ich interesie. Jeśli chcesz świetnego jedzenia, zatrudniasz świetnego kucharza. Z zespołem musi być tak samo. Zatrudniasz świetną kapelę i powinieneś oczekiwać świetnej muzyki.

Posiadanie restauracji, klubu czy knajpy to niełatwy kawałek chleba. Gra się o dużą stawkę. Próbujesz zdobyć lojalnych klientów, oferując im coś wyjątkowego. Jeśli chcesz zaoferować świetne jedzenie, zatrudniasz świetnego kucharza. Jeśli chcesz przyciągnąć wystrojem wnętrz, zatrudniasz profesjonalnego dekoratora wnętrz. Oczekujesz od specjalistów, że wywiążą się z tego, do czego się zobowiązują. Z kapelą powinno być dokładnie tak samo – zatrudniasz świetny zespół i powinieneś oczekiwać świetnej muzyki. I na tym powinna skończyć się lista oczekiwań względem muzyków. Muzyka jest kolejnym produktem, który może zaoferować klub, nie innym od jedzenia lub picia.

Gdy klub się otwiera, musi się jakoś zareklamować. Właściciel nie może oczekiwać, że ludzie po prostu zaczną przychodzić sami z siebie. Trzeba się tym zająć w profesjonalny sposób. Czy naprawdę chcesz pozostawić coś tak ważnego muzykom? To właśnie tu inicjatywę musi przejąć właściciel klubu. Na szali jest jego, nie muzyków, być albo nie być. Muzyk może po prostu przenieść się do innego klubu. Zdarzało mi się grać w miejscach, w których, z jakiegokolwiek powodu, w sobotni wieczór można było spotkać zaledwie kilka osób. Właściciele mieli do mnie pretensje: „gdzie jest publiczność?”. No właśnie, spytałem, „gdzie jest publiczność? Jest sobota wieczór, a klub jest pusty. Czy to was nie martwi? Co zamierzacie z tym zrobić?” Zazwyczaj ich odpowiedzią jest znalezienie kapeli z większą ilością znajomych. To oznacza, że profesjonalne kapele są zastępowane tymi, które przyprowadzą najwięcej ludzi.

Ale właśnie tu wychodzi słabość rozumowania właściciela klubu. Publiczność podąża za kapelą, a nie za klubem. Następny wieczór oznacza start od samego początku.

Tak się składa, że Eddie, mechanik, który harował cały tydzień przy samochodach, gra też na gitarze. Idzie mu niezbyt dobrze, ale raz na tydzień mają próby z perkusistą-doktorem, basistą-bankierem i wokalistą-handlowcem. Zazwyczaj po prostu jest to okazja do wypicia kilku piw pomiędzy numerami w garażu u Eddiego, ale w tym tygodniu załapali się na koncert. Ok, nie brzmią może zbyt dobrze, ale na pewno pracują na co dzień z dużą ilością ludzi. Wszyscy oni dostają w poniedziałek ulotkę z zaproszeniem i z dużą dozą prawdopodobieństwa stawią się na koncert w sobotę. I tak oto misja zakończona – w sobotę w klubie jest pełno ludzi.

Problem tkwi w tym, że ludzie przyszli tam dla kapeli, nie dla klubu. Następnego wieczora trzeba zaczynać wszystko od początku. A ludzie, którzy powoli zaczynali przekonywać się do twojego klubu, właśnie się zrazili, bo kazałeś słuchać im słabej kapeli. Celem powinno być zbudowanie fanbase’u dla klubu. Przyzwyczajenie ludzi do tego, że co wieczór masz dla nich dobrą muzykę. A ty właśnie zepsułeś sobie reputację w zamian za łatwy łup.

Myślę, że jako muzycy powinniśmy coś robić. Możemy denerwować się na ten stan rzeczy, ale to nic nie da. Moglibyśmy wszyscy ustalić, że nie gramy za bramkę, ale wszyscy wiemy, że do tego nie dojdzie. Zamiast tego powinniśmy wytłumaczyć właścicielom klubów, że nie jest w ich interesie prowadzenie biznesu w taki sposób. Stawka jest zbyt duża, by było im wszystko jedno, kto gra w klubie. Przekonajmy ich, że jeśli myślą, że muzyka na żywo jest ważnym czynnikiem pomagającym ściągnąć publiczność do ich klubu, to muszą zająć się tym w profesjonalny sposób.

Jeśli spytasz właściciela klubu „kto jest twoją docelową publicznością?”, raczej wątpliwe, że odpowie „znajomi i rodzina kapeli”. Jednak okazuje się, że kluby działają dokładnie w ten sposób.

Czy oczekujesz, że rodzina i znajomi kucharza będą codziennie jeść w twojej restauracji? Albo rodzina i znajomi pracownika na zmywaku, kelnerki, hostessy? Chyba widzisz, że gdy postawimy to w ten sposób, staje się to absurdalne?

Kolejny przykład. Odpowiedziałem na ogłoszenie nieźle wyglądającej knajpy w Beverly Hills. W ogłoszeniu można było przeczytać: „Szukamy składu jazzowego z dużą energią. Jeśli przyprowadzisz dużo ludzi, dogadamy się”. Autor ogłoszenia zdaje się myśleć, że muzycy z kapeli jazzowej mają sporo znajomych mieszkających w Beverly Hills. I że ci znajomi mają sporo pieniędzy do wydania. To dwa dość odważne założenia. Życzę powodzenia w znalezieniu kapeli, która spełnia obydwa. Nawet jeśli się uda raz, to czy uda się to powtarzać co wieczór? Rodzina i znajomi profesjonalnych muzyków nie chodzą do klubów zbyt często. Nie mogą. Profesjonalny muzyk gra praktycznie co wieczór. Czy oczekujesz, że rodzina i znajomi kucharza będą jadać w twojej restauracji co wieczór? Albo rodzina i znajomi pracownika na zmywaku, kelnerki lub hostessy? A może twoi właśni znajomi? Czy widzisz już jak bardzo absurdalny jest ten pomysł, gdy przedstawi się go w ten sposób?

Rozpocząłem uświadamianie właścicieli klubów zaraz po tym, jak zagrałem świetny koncert w LA. Graliśmy za procent z baru. Na sali było około pięćdziesięciu osób; to mały klub, więc utarg był dobry. Pod koniec wieczoru, gdy poszedłem odebrać gażę, miałem nadzieje zabookować kolejny koncert. Jednak właściciel był zły. „Gdzie wasza publiczność?” spytał. „Całą publiczność dzisiaj sprowadziliśmy my. Zorganizowaliśmy wcześniej speed dating i cała widownia na waszym koncercie to ci, którzy zostali po tym wydarzeniu”. No dobrze, ale wszyscy zostali i spędzili na słuchaniu muzyki kolejne dwie godziny po tym, jak ich wydarzenie się skończyło. To oznacza dwie godziny więcej sprzedaży na barze, bo bez nas miałbyś pustą salę bez żadnych atrakcji. Po prostu nie mógł przeboleć faktu, że nie przyprowadziliśmy własnej gromady fanów. Ale czy nie powinien być zadowolony z tego, że zatrzymaliśmy pełną salę ludzi wydających pieniądze? Podczas naszej rozmowy podeszła grupa ludzi: „Chłopaki, świetnie graliście. Kiedy będziecie grać tu znowu?”. Właściciel odpowiedział: „Nie będą, bo nie sprowadzili żadnej publiczności”.

Wyszedłem tego wieczora przybity i wysłałem mu maila z większością tych rzeczy, które dzisiaj tu czytacie, dotyczącymi błędów w jego myśleniu i w jego modelu biznesu. Zgaduję, że niezbyt często zdarza mu się w ten sposób rozmawiać z muzykami, więc wymagało to sporej dawki przekleństw i kłótni, ale w końcu przyznał, że to co mówię ma sens. Niemniej jednak szedł w zaparte: knajpy w LA nie działają w ten sposób i basta. Dostaje odpowiedzi na ogłoszenia od kapel, które zrobią wszystko, żeby zagrać koncert. Minęło parę lat od tej rozmowy. Niedawno dzwoniłem do klubu. Numer nie odpowiada.

Proszę bardzo, właściciele klubów i knajp w LA. Ta rada jest darmowa. Oczywiście większość z was prawdopodobnie ją zignoruje bo „to tak nie działa”. Ale jeśli coraz więcej muzyków będzie powtarzać im to samo, może zaczną to chłonąć.